Notka, która miała być wczoraj, ale wróciłem do domu i wolałem zająć pozycję horyzontalną, niż tę na moim siedzisku przy komputerze. Temat nie jest łatwy, ale sam bóg natchnął mnie do napisania swoich przemyśleń.
Na wstępie chcę powiedzieć, że nie jestem ateistą. Nie wierzę w bogów, ani w czarną dziurę, ani w nic co byłoby nie do wytłumaczenia za pomocą rozumu i myślenia racjonalnego. Tutaj wielu ludzi pukało się w głowę jak im tak mówiłem i odpowiadali: jak to nie jesteś ateistą? To właśnie jest ateizm, niewiara w jakieś nadnaturalne moce. Dla mnie określenie ateista, to takie wywyższenie się ponad innych. Zdaję sobie sprawę, że to tyko semantyka, ale gdy ktoś mi mówi: jestem ateistą, nie wierzę, to trąci mi to takim brakiem poprawki na wiatr, brakiem założenia, że mogę się mylić i przydałoby się trochę wewnętrznej pokory wobec świata. Nie chciałbym żeby cały świat był zunifikowany, bo byłoby to nudne, ale ciągle spotykałem się z taką pozą, że skoro jestem ateistą, to jestem fajny, alternatywny i w ogóle lepszy od tych wierzących w Jahwe, Buddę, czy jakąś inną Dodę. Dlatego ja się nie określam. Po prostu nie wierzę w twory nieracjonalne, ale nie jestem ateistą, bo wciąż szukam, poznaję i nie twierdzę, że tak mi zostanie, bo nie wiem, czy za 30 lat nie zostanę przykładowo buddystą, albo scjentologiem.
Rozmawiałem ostatnio ze znajomą, która jest wierząca. Wierzy w boga wszechmogącego, jego cuda, dziwy i sakramenty. I pierwsze o co ją zapytałem to dlaczego wierzy? Odpowiedziała mi, cytuję maila bez zgody i wiedzy autora:
„(…)Po prostu człowiek chce mieć poukładany świat czarno-biały, bo normalny świat jest szary i czasem trudno określić co jest dobre a co złe. A każdy chce dobro i zło jednoznacznie rozróżnić. (…)”
W jej wypadku taką linią pomiędzy czarnym, a białym wyznacza wiara w boga, która było nie było, przetrwała około 2000 lat. Trudno się nie zgodzić, bo wszyscy staramy się określić coś z czym mamy do czynienia. Począwszy od muzyki, filmu, a skończywszy na przewinieniach ludzi, o których się mówiło wczoraj w wiadomościach. Jednak wszyscy chyba znają tezę, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Znaczy to tyle, że dla jednego granicę między dobrem, a złem wyznacza wiara, dla drugiego rozum, a dla trzeciego opinia innych, czyli normy przyjęte przez społeczeństwo. I teraz pytanie, który wyznacznik jest tym najlepszym?
Słuchałem ostatnio ‘wykładów’ księdza Pawlukiewicza i mam mieszane uczucia. Niewątpliwie koleś zna się w jakimś stopniu na człowieku i potrafi swoją mową zainteresować osobę postronną. Jednakże opowiadał o wierze, o Jezusie i wskazał na ten główny, jak dla mnie, mankament wiary – brak racjonalizmu. W logice mamy aksjomaty, a w wierze dogmaty, jedyną pomiędzy nimi różnicą jest to, że pierwsze możemy udowodnić, a drugich nie. Pomimo to, gro katolików nie stawia sobie pytań i przyjmuje je (dogmaty) bezwarunkowo. W tym momencie chyba zaczynam rozumieć czemu wierzących zwie się owieczkami, a najwyższego pasterzem. Katolicy chodzą bowiem za swym pasterzem, nie pytają o nic i tam gdzie wylądują tam się pasą. Brakuje mi w tym wolności umysłu. Nie można stawiać pytań: a dlaczego tak? Nie można mieć wątpliwości, co do poprawności dogmatów, trzeba w nie wierzyć w sposób taki trochę sokratejski (albo tak, albo nie- nie ma nic pośrodku). Wydaje mi się jednak, że w kod genetyczny człowieka, wpisana jest takimi dużymi literami wątpliwość. Jak kolega mi powie, że gumowa lala jest lepsza od żywej kobiety, to nie uwierzę dopóki sam nie spróbuję, a więc mam wątpliwość co do jego sądu.
Ksiądz Pawlukiewicz zarzucał, że w dzisiejszych czasach wszyscy chcą wiedzieć wszystko. Dominuje kult rozumu i to jest przyczyną tego, że tak wielu młodych ludzi odwraca się od kościoła. Dziś zadaje się pytania i żąda na nie natychmiastowej odpowiedzi. Przepływ informacji jest przecież ogromny, bo gdy kolega, koleżanka, matka nie potrafią odpowiedzieć na jakieś pytanie, to z chęcią zrobi to dla mnie wujek Google. Nie znajdę tam jednak odpowiedzi na pytanie: dlaczego wiara jest jaka jest i jak można udowodnić dogmaty wiary? To, czym ja się bronię przed atakiem świata, czyli wiedza, jest w kościele negowana. Nie potrzebujesz wiedzieć, bo musisz wierzyć, a czerwony pasek, doktorat to dla stwórcy jest nic, bo ty i tak musisz zgłupieć, żeby zrozumieć wiarę.
Trochę tytułem końca. Chrześcijaństwo neguje postawę humanisty, który ciągle szuka, a jego orężem jest inteligencja, twierdząc, że nie jest to do niczego człowiekowi potrzebne. Daje w zamian 10 przykazań według których mamy żyć, a dzięki temu wkroczymy do raju. Swoją drogą chyba 8 z nich jest ogólnie uznawanych za normy etyczne. Dla mnie wiara to trochę nakładanie jarzma, ale może po prostu nikt nie sprzedał mi Jezusa w sposób przystępny, jednak jak już pisałem różne są punkty widzenia i to co dla mnie jest kagańcem zakładanym na inteligencję, dla innych jest wyzwoleniem. Gdyby tak się temu głębiej przyjrzeć to wystarczy nagiąć matrixa [czyli pokazać takie argumenty] w taki sposób, żeby odbiorca pomyślał: o to może być fajne, wejdę w to głębiej i zobaczę czy stanę się lepszy. Wszystko zależy od zdolności manipulacji widzem, na tym stoi przecież świat, wystarczy spojrzeć na reklamy w telewizji.
Kult rozumu? oby zapanował, na razie nie dostrzegam objawów…
Nie sądzę, żeby ateizm był lepszy od deizmu czy teizmu. Ani gorszy. Po prostu – jest. W życiu spotykam raczej tych wierzących, którzy z pogardą patrzą na ateistów, nie odwrotnie.
Nie umiem wierzyć, może dlatego, że nie ma we mnie potrzeby wiary. W wielu ludziach – jest. Czasem to kwestia wychowania, czasem lenistwa czy inercji, czasem – świadomy wybór. Wiara i religia chyba porządkują ich życie, a większość ludzi lubi porządek. Ja wolę chaos, z apeironu może wszak powstać wszystko, nie próbuję poukładać nieuporządkowanego świata, świetnie się w nim czuję. Rozumiem jednak, że taki bałagan budzi lęk.
Napisałam się już sporo o tym. Rozważałam rozmaite argumenty. Urodził się we mnie Bóg – i umarł we mnie. Odprawiłam stosowne ceremoniały. Tak jak Ty – nie wiem, co będzie. Co jeszcze zmieni się we mnie. Na szczęście – nie wiem.
Przeczytałem Twoje teksty na temat wiary, ale chcę jeszcze przeczytać komentarze pod nimi i wtedy odnieść się stosownym komentarzem.
Na razie jednak odniosę się do komentarza tutaj. Nie wiem, czy wiara może tak do końca porządkować czyjeś życie. Wyobrażam sobie, jak człowiek buduje jakieś miasto – pełne domów, biurowców, szkół etc. – z sześciennych kostek do gry. Układa je misternie przez wiele godzin, nagle źle położy jedną kostkę i robi się efekt domina. I tak w sumie jest w wierze chrześcijańskiej, bo nigdy nie wiesz, czy coś co masz poukładane nie wywróci się do góry nogami. Mam na myśli to, że nikt (ani wierzący, ani ateista etc.) tak naprawdę nie powinien wierzyć w porządek, ani równowagę świata. Różnica pomiędzy nami jest taka, że katolik pomyśli iż jest w tym jakiś zamysł stwórcy, że bóg nie chciał aby tak było, więc może lepiej niech to zostawi. Niewierzący natomiast, że rozsypanie się tych kostek to przypadek i nieuwaga (jeśli będzie miał silną wolę to zacznie układać na nowo).
Na koniec mojego długiego wywodu przyznam, że mnie nauka idzie zawsze bardzo opornie, niektórzy chwytają coś od razu, a ja muszę wrócić do domu, przejrzeć notatki, czasem coś przepisać, także mój proces nauczania jest długi i mozolny i pewnie dlatego nie nauczyłem się wierzyć.